May 03

nie traćmy wiary

Przy okazji święta narodowego, chociaż bez związku, naszło mnie, żeby coś tu skrobnąć..
Zacznę od tego, że powiedzenia: dla chcącego nic trudnego, chcieć to móc czy wystarczy chcieć nie do końca się sprawdzają ale też, że nadzieja w narodzie nie umarła ;)

Wszystko za sprawą emocji jakich doświadczyliśmy dzięki zakupowi biletu rodzinnego na wczorajszy mecz finałowy o puchar polski. Kibic ze mnie żaden, ale jakoś wiara, że chłopaki ze Śląska zgrają inaczej niż ci, których można podziwiać na gminnych boiskach polskiej serie A, kiedy to grają reprezentanci okolicznych miejscowości żeby trochę pobiegać, pobawić się i pokrzyczeć np, że sędzia to czy tamto.. wiara ta zawsze we mnie się tli.
Jak się okazuje nie tylko we mnie. Zupełnie niepojętym wydaje się zbiorowe zaskoczenie, pełne bólu rozczarowanie, że jak to, nasi ulubieńcy, chluba miasta i czego by nie mówić aktualny mistrz polski w piłce kopanej.. gra jak gra. Przeciwnik tym razem, chyląc czoła, grał odrobinę lepiej.
W każdym razie myślę, że trener przekazując naszym chłopcom (naszym dosłownie, gdyż utrzymywanym z miejskiej kasy, co niektórych boli a innych nawet bardziej, na naszym z tego samego powodu stadionie) zapomniał przekazać jedną, kluczową informację – zielony podaje do zielonego! O strzelaniu w światło bramki można już przy okazji rewanżu.
Tym samym chcieć zobaczyć nowy choć stary zespół to ciężka sprawa, a jednak za jakiś czas pewnie znowu nabiorę nadziei i wiary..

Były jednak i pozytywne aspekty tej wycieczki. Niezłomni kibice.. Wypełniony po brzegi piękny stadion zawsze robi i będzie robić wrażenie.
Zgodnie z oczekiwaniami nie zabrakło też atrakcji specjalnych. Były fajerwerki, wystrzały oraz dużo piosenek… i to był najmocniejszy punkt programu. Przyznam szczerze, ze sam z niechęcią graniczącą z pogardą patrzyłem na sektor Legii, który w swoich melodiach i okrzykach, pomimo kilkukrotnej przewagi chłopaków z naszego młyna, niestety też dobrze sobie dawał radę.
I czego by nie mówić piękna i kolorowa ta klubowa przyjaźń wrocławsko-warszawska..

załączam tez fotki z najciekawszych momentów meczu.

Ps.
!!! Wszystkim osobom, które przekazały w tym roku swój 1 % na moje leczenie przesyłam wielkie i serdeczne podziękowania! :))

Mar 30

Święta!

Moi Mili, życzymy Wam udanych, zdrowych i radosnych Świąt! :)) ..i byle do  hmm wiosny ;)

Feb 11

nic ciekawego

Chciałbym powiedzieć, że dochodzę do siebie ale nie mogę. To co potłuczone już tylko pobolewa ale brakuje mi siły a ręce robią się chwilami jak kłody i klepię na dwa paluchy ..co robić, poszło w neuro i już nie wiem.. bo wszystko jest bardzo zmienne, momentami jest lepiej.. a za chwilę zakręcona dupa. Nic, w środę się tematycznie skonsultuję, może czegoś się dowiem.. bo jak na osłabienie to już trochę długo. Więc sorki też, że u Was zbytnio nie piszę ale ciężko trochę i nie nastraja mnie to wszystko.
A dzisiaj.. no wiekopomne rzeczy wiekopomne się dzieją..
Za moment zaś mocna rzecz w tvp.. “Ostateczne rozwiązanie” ..polecam, choć to słowo wydaje się jakieś niewłaściwie.
Uciekam.

Jan 30

czuję się wstrząśnięty…

Wczoraj miałem świetny pomysł na dobry początek, zgrabne rozwinięcie i zakończenie trafną puentą. Od wczoraj nastąpiły jednak duże zmiany, myślę, że usprawiedliwione, a moje aktualne zlasowanie mózgu znajduje przyczyny zewnętrzne. Błyskotliwie nie będzie, będzie po prostu..
Pomimo samopoczucia w tzw. kratkę i wstępnie zapowiedzianej na wczoraj nieobecności, ze względu na przygniatającą ilość tzw. roboty założyłem, że dam radę i pojechałem. Wczorajszy dzień pokazuje jednak, że czasami planów zmieniać nie warto.
Kuśtykając w celu i w kierunku.. zetknąłem się bowiem z oporem materii.. i to bardzo twardym oporem. Materią okazała się kostka brukowa, na której co nie co rozwaliłem głowę.. tracąc chwilowo kontakt z wizją, a przy okazji odbijając i obijając sobie wszystko co upadając przy poślizgu na plery obić można.
Po odzyskaniu świadomości i kilku wykonywanych w panice “ćwiczeniach” oddechowych, jakoś się wygramoliłem, zebrałem bryle, które odfrunęły kawałek za mnie i dotarłem do biura. Heh jak ja nie lubię tej taniej sensacji i szefa frustracji.. ale co robić. Dość, że zachowywałem się specyficznie, bo nie mogłem ogarnąć czy bardziej boli stanie czy siedzenie, chodzenie czy bezruch. Stanęło na siedzeniu i czekaniu na wezwaną karetkę. Jadąc do szpitala i oglądając z nowej, znowu leżącej perspektywy, mijane billboardy reklamowe, myślałem, że to co najgorsze w mojej przygodzie już za mną.
Okazało się jednak, że na miejscu, dyżurujący lekarz chirurg miał zły dzień, bardzo zły dzień, właściwie przejebanie zły dzień.. w związku z czym każdy w jego otoczeniu, czy w kitlu czy na łóżku, miał równie przejebane.
Na dzień dobry usłyszałem wrzask, mniej więcej cyt.:  że to skandal, że przywieziono mnie karetką, że sam mogłem sobie przyjechać i mam się wynosić za drzwi i czekać i tak właśnie będę tam siedzieć i czekać 6 godzin, nie, nawet 8 godzin, tak mam natychmiast wyjść… stoczyłem się zatem z łóżka, ratownicy spuścili oczy no i się wyturlałem. Jakoś mnie zamurowało i murowało wszystkich, bo koleś tak jeździł po ludziach przez kilka godzin. Wyrzucał dalej, odsyłał, kobietę przywiezioną z innego szpitala kazał zabierać z łóżka i wyjeżdżać z nią, zabierać bo on wcześniej rozmawiał i ma tu jej nie być, bo jakiś zły adres jej szpitala i on papierów nie przyjmie. Bluzgi i wrzaski .. Kiedy ochłonąłem dotarło do mnie, że nikt nie zareagował.. ja też..
Po prześwietleniu i TK które szczęśliwie wykazały, że nic w środku się nie stało, gość nie zbadał mnie nawet, a dzisiaj na spokojnie przeczytałem zapis w epikryzie, że utraty świadomości nie było (więc nie musiał zostawiać na obserwacji, za co chyba dziękuję) i kazał mi po prostu wyjść bo nic mi nie jest. Doskonale widział, że mam problemy z chodzeniem i poruszam się z laską i znał sytuację. Nie ma zmiłuj, tam mnie przywieziono, na badania wożono, ale na koniec miałem do przejścia całe hektary wielkiego szpitala. Widać znał się na rzeczy, jakoś doszedłem…
W stanie wyśmienitego samopoczucia zaliczyłem jeszcze rodzinnego, który mnie jednak zbadał, chciał dać dwa tygodnie zwolnienia (niemożliwe), zajął się stłuczoną głową i polecił konsultację neurologiczną. Dzisiaj wyszło, że jest lekkie wstrząśnienie, bo lekkie mdłości i zawroty się pojawiły. Po konsultacji mogę na szczęście zostać w domu a jeśli objawy się nasilą, to już bez wrzasku mam przyjechać do zaprzyjaźnionego szpitala, gdzie co jakiś czas wlewam co nie co.
Nachodziłem się, najeździłem i nasiedziałem więcej niż na co dzień i chociaż dałem jakoś radę to więcej już nie chcę.. Na pytanie jak się dzisiaj czuję odpowiem, że różnie w zależności od części ciała, a ogólny wkurw już wyparował. Na szarpanie się z tamtym typem teraz nie mam siły, ale chyba sklecę jakieś pisemko tylko jeszcze nie wiem gdzie..
Jak dobry wujek dodam zaś, patrzcie pod nóżki gdy śliskie są dróżki…

ps. przepraszam za kilka słów…

Jan 15

W labiryncie

O żesz ja cież, to o przeżyciach ostatniej nocy. Czułem się jak bym miał podwójne rozdwojenie jaźni. W ciągu dwóch dni musiałem się znaleźć w dwóch miastach w czterech miejscach na raz. Problem był bardziej złożony gdyż wszystkie miejsca dotyczyły wizyt u lekarzy a dokładniej albo złożonych badań i zabiegów albo położenia się do szpitala, o dziwo albo w rodzinnym moim albo nie wiedzieć dlaczego w Krakowie. W Krakowie z koli jedyną i wyjątkową szansę dawał mi sympatyczny młody doktor z wrocławskiego szpitala zaś w rodzinnym nie kto inny jak polski guru, prof. S. Pozostali neurolodzy również dawali mi jedyną możliwą wielka szansę, na co dokładnie już nie pamiętam a i ich nieszczególnie. Wiedziałem tylko, że wybierając opcję 1 spóźniam się na pociąg w celu opcji nr 2, trzecia mija pomiędzy a czwarta nakłada się na trzecią. Czyniłem jednak staranie znalezienia się w tych wszystkich miejscach na raz..  Jednocześnie w śnie tym wracałem do domu ze swojej szkoły średniej, będąc już dorosłym sobą, a tam też świat jak na odlocie.. przesuwały się ściany i działy bardzo dziwne rzeczy…
Z jednej strony wszytko to było męczące i w końcu stres wywołany niemożnością wyboru a może zły wyborem.. spowodował, że się obudziłem. (postawiłem na S.) Z drugiej strony czułem się w miarę wypoczęty a sen był wyjątkowo głęboki…
Wiem, że w kontaktach ze służbą zdrowia wyrabiam normę za 15 osób ale tak jeszcze nie miałem. Nie wybieram się do psychoanalityka i nie szukam drugiego dna ale jeszcze dwie takie senne sesje i się wybiorę. Śpijcie spokojnie.

Jan 10

kolejny okrągły

Równo rok temu napisałem dokładnie to co chciałbym napisać i dzisiaj… I tylko zastanawiam się jak Ona ze mną wytrzymuje..

Jan 05

powiało

Mój ostatni wpis trochę się już zdezaktualizował ale choinka u nas ciągle stoi. Udała się w tym sezonie tak bardzo (i jako drzewko i jako ubrane drzewko), że nie mam ochoty żeby znikała ale już czas. Wracając do ostatnich dni były bardzo udane, a Nowy Rok dosyć hucznie a nawet nazbyt przygodowo przywitany. Ale.. świąteczny urlop ledwie zdążył wpłynąć relaksująco na mój układ psychosomatyczny (niezłe to słowo) a dwudniowy początek roku w robocie już zalągł we mnie nerwowego bakcyla. Udzieliło mi się zaskakująco jak na tak małą dawkę. Początek roku bowiem w mojej firmie (trwający do marca) jest okresem najcięższym i bez kilku tajfunów, tsunami i raczej samych upadków się nie obejdzie. Nie chcę demonizować, ale lekki piątkowy powiew nadchodzących porywów już mi się udzielił.
Z innych newsów z mojej SMowej rzeczywistości dwa wydają się szczególnie istotne. Będzie refundowana Gilenya, lek na który zbieram kasę, tylko że ja się nie zakwalifikuję, przy ustalonych kryteriach,więc o tym już nie myślę. Zresztą nie będzie kiedy. Jeśli pamiętacie petycję, o której podpisanie Was prosiłem, cóż.. czasami wiara czyni cuda ale nie tym razem. 5 Lat to teraz max. czas leczenia chorego na SM lekami immunologicznymi. W sensie w ciągu życia. Czyli jak skończę copaxone to już tylko po prośbie, na ile sił  wystarczy. Swoją drogą w tym sezonie już czas… Więc jak co oku proszę pamiętajcie, przekażcie gdzie możecie i za to jestem i będę Wam bardzo wdzięczny. Zapewne jeszcze wrócę do tego tematu.
No nic, w tej chwili czekam już tylko aż skończy się piec… moje ulubione ciasto Madzi, pachnie bosko ..trochę ostygnie i… I to mnie dzisiaj trochę podnosi na duchu.. ;)

Dec 22

Wesołych Świąt!

Ciasteczka się pieką, pasztety upieczone wczoraj, jutro barszcz. Wigilijne i świąteczne potrawy, które często robimy raz w roku. Zapachy, aromaty, choinka, na stole pomarańcze i orzechy. Wczoraj świat się nie skończył, idą Święta… Niektórych męczą lub drażnią, dla mnie są czymś co bardzo mi pomaga. Nasze z Magdą krzątanie się w kuchni, przygotowania, to wszystko pozytywnie mnie nastraja. Dzisiaj rozpoczynamy świąteczny ciąg odwiedzin, jutro goście zaczną przyjeżdżać do nas. Znowu stajemy się sobie bliżsi, chyba trochę inaczej patrzymy na samych siebie. Może chcemy się stać odrobinę lepsi i odbić od tego co w całym roku. Nawet jeśli to naiwnie i nie zawsze się udaje, to Święta są zawsze czasem wyjątkowym i niech tak zostanie.

Życzymy Wam pełnych uśmiechu, ciepła bliskich i tego wszystkiego o czym marzycie.. Wesołych Świąt! :)

Dec 13

O hartowaniu, współpracy i znowu podróżach

Nie wiem, czy u Was też tak, za przeproszeniem, pizga ale pod moim domem w cholerę. Wymiana akumulatora w taką pogodę na świeżym powietrzu może człowieka zahartować. Ja się jednak nie zahartowałem tylko se między paluchami odmroziłem. W sumie mogło być gorzej, kiedy myślę o innych, potencjalnie odmrożonych częściach ciała. Dałem się też odmrozić mojemu kumplowi sąsiadowi, co musiał za mnie ten akumulator dźwigać. Bez współpracy zbiorowej z tej wymiany nic by nie było. Akumlator okazał się wyjątkowo dobrze, jak zakładam, zabezpieczony, ostatecznie otwieralną plastikową strukturą. Najwyraźniej połączenie czeskiej i niemieckiej technologii w dziedzinie chińskich plastików okazało się nie do końca przemyślane. Chociaż chciałem raczej powiedzieć, co za idiota to wymyślił a drugi pozwolił wyprodukować.. Najważniejsze że teraz zapala, świeci i chyba nawet będę mógł słuchać w drodze radia. Wzmocniony próbą zahartowania oraz długim ciągiem zakończonej dzisiaj rehabilitacji, jutro rano, bezproblemowo odpalę moją kosiarę i pojadę do Katowic po kolejne wzmacniacze.. Na szczęście droga zapowiada się miło bo w miłym, choć męskim towarzystwie. Zobaczymy co powiedzą, na efekty tej kuracji. W każdym razie liczę że owe efekty kiedyś się pokażą (i mam na myśli przyszłość niekoniecznie odległą).  Żeby nie przeciągać, zakończę pięknym rymem.. patataj patataj jutro ruszam w zimny kraj.

Dec 06

Wpis mikołajowy

O rany, wróciłem wczoraj z rehabilitacji i padłem. Do tego nie wiem czy tak samo z siebie czy z miksu zestawu prochów które ostatnio wciągam (żadnych odurzaczy) senny jestem przez pół dnia, z górką w robocie ;) a rano wstać nie mogę (chociaż dzisiaj nawet poszło, co widać). Akurat przy mojej wcześniejszej bezsenności jest to stan, który sobie bardzo chwalę. Mogło by się jeszcze trochę, a nawet trochę mocniej, poprawić to i tamto ale chociaż dzisiaj 6-y nie ma co przeginać z życzeniami.
Mam nadzieję, że byliście grzeczni i Staruszek w czerwonym zajrzy do Waszych domów zostawiając coś miłego. Ostrożnie wkładajcie skarpety i od razu nie rozpalajcie w kominku.
Ja zostawiam Wam to:

z tymi życzeniami to jeszcze za wcześnie ale piosenka jest w sam raz.

Older posts «